Damian Zieliński
Życiorys własny powstańca wielkopolskiego.
Był jednym z powstańców regularnej jednostki wojskowej, powstałej mroźnym rankiem 28 grudnia 1918 r. – pierwszej kompanii średzkiej, pod dowództwem ppr. art. Alfreda Milewskiego z Kijewa, wybranych spośród ochotników, którzy zebrali się na Starym Rynku w Środzie. Był dezerterem z wojska niemieckiego, do którego został przymusowo powołany. Po złożeniu przysięgi wojskowej w kolegiacie, kompania przeszła na dworzec kolejowy i załadowała się do wagonów pociągu jadącego do Poznania. Po powstaniu ochotniczo wstąpił do Wojska Polskiego. W jego szeregach walczył w wojnie polsko – bolszewickiej w latach 1919-1921. Fakty te przytaczam z odnalezionego w zbiorach Biblioteki Kórnickiej PAN życiorysu Franciszka Lebiedzińskiego, napisanego przez niego w 1968 roku, w 50. rocznicę wybuchu Powstania Wielkopolskiego 1918-1919. Jest cennym źródłem poznawczym nastrojów wśród ludności przed powstaniem oraz o przebiegu powstańczych walk. Oto jego życiorys:
„ Ja Franciszek Lebiedziński syn Kazimierza Lebiedzińskiego i matki Magdaleny z d. Pomykała, urodzony w Brodowie pow. Środa, dnia 6.X. 1898 r. pochodzenia robotniczego.
W roku 1905 brałem udział w strajku szkolnym tzn. przez cały rok podczas trwania lekcji musiałem stać i trzymać ręce w pion. Kiedy pod koniec roku szkolnego przyjechał inspektor powiatowy – wychowawca powiedział, że cała klasa otrzymała promocję, oprócz dwunastu uczniów, którzy strajkowali do końca roku szkolnego. Inspektor zganił nas, że zmarnowaliśmy cały rok. Na to ja wystąpiłem do inspektora z zapytaniem, czy wie o tym, że nie byliśmy egzaminowani. On skolei zapytał się wychowawcy, czy to prawda – ten potwierdził, że tak istotnie było. Wobec tego inspektor zapytał się nas, czy chcemy być egzaminowani. Wyraziliśmy zgodę. Zdawałem jako jeden z pierwszych i zdałem na samych piątkach. Z nas dwunastu zdało tylko dziesięciu, bo dwóch inspektor obciął, gdyż za długo się namyślali nad odpowiedzią. W następnych klasach byliśmy jednak uczyć się po niemiecku. W roku 1913 ukończyłem szkołę powszechną w Środzie. Po ukończeniu szkoły byłem do wybuchu wojny na praktyce jako uczeń w Żaganiu w firmie „Manigiel”. Z chwilą wybuchu wojny tj. 1914 roku wróciłem do domu. Kilka miesięcy pracowałem z ojcem. W roku 1915 wyjechałem do Berlina do pracy. Pracowałem w fabryce „Weiss i Zanck” w przemyśle wojennym. Dnia 5. III. 1918 roku zostałem powołany do wojska niemieckiego i przydzielony do 53 p.p. w Gelden. W końcu września 1918 r. otrzymałem urlop, z którego już do wojska nie wróciłem. Ukrywałem się do 11 listopada 1918 r. Z chwilą ucieczki Wilhelma do Holandii ujawniłem się i wstąpiłem do rady żołnierskiej, która utworzyła się w Środzie. W lokalach polskich pojawiły się ogłoszenia treści następującej: „Żołnierze, Polacy – którzy szukacie pracy, zgłoście się do pracy do Poznania, na ulicę Ratajczaka Na ogłoszenie to stawiłem się, gdzie zostałem przebadany i zapytano mnie, czy miałbym chęć należeć do organizacji, która przygotowuje się do powstania. Wyraziłem zgodę i w dniu 24.XII 1918 roku rano stawiłem się do Poznania na zbiórkę. Zebrało się tam przeszło dwa tysiące ochotników. Dowiedzieliśmy się, że powstanie wybuchnie po świętach i rozjechaliśmy się wszyscy do domu. W tym czasie przyjechał do poznania Paderewski. Na powitanie jego wyszły małe dzieci w strojach z oznakami polskości z chorągiewkami, z okrzykami „Niech żyje Polska”. Ulicami szła starsza ludność jako ochrona dzieci. Niemcom to powitanie nie podobało się i zaczęli do dzieci strzelać. To było hasłem do powstania. W nocy zebrała się kompania w sile 120 ludzi w Środzie pod dowództwem porucznika z niemieckiej armii – Alfreda Milewskiego / syna dziedzica z Kijewa/. Poszliśmy na stację oczekując na pierwszy pociąg idący w kierunku Poznania. O godzinie 3 rano nadjechał pociąg, który zatrzymaliśmy i 3 pierwsze wagony zajęliśmy dla nas, dwóch ludzi jechało na parowozie. Pociąg zatrzymał się w Starej Łące tj. na ostatniej stacji przed Poznaniem i tu mieliśmy wysiąść. Lecz przyjechał na rowerze młody chłopak z rozkazem, aby szybko jechać, bo stacja Poznań Główny jest już w rękach Polaków. Przyjechaliśmy do Poznania na stację z bronią gotową do strzału. Na samej stacji Niemców nie było, lecz spotkaliśmy ich na kaponierze. Jak zobaczyli, że idą Polacy z bronią to padło kilka strzałów i uciekli. Potem szliśmy w szyku bojowym do Bazaru, tam dostaliśmy instrukcję. I poszliśmy w stronę Starego Rynku. Na Starym Rynku był magazyn Petersdorfa i z dachu tego domu strzelano do nas z ręcznego karabinu maszynowego. Dowódca wysłał kilku dobrych strzelców, aby zaszli od tyłu, okrężną drogą. Jednym strzałem został zlikwidowany osobnik wraz z karabinem maszynowym, Karabin został przez nas zabrany. Od Starego Rynku szliśmy ul. Szkolną do placu Piotra, kiedy dostaliśmy ognia z lewej strony. Kilku powstańców wpadło do bramy szpitala, gdzie z okna strzelał niemiecki oficer, rozbroili go, zabierając mu broń. Na drugą stronę ulicy poszło kilku do mieszkania prywatnego, skąd strzelał z okna niemiecki otyły rzeźnik. Weszło kilku – Wacek Reformer i Wilson odebrali mu broń, która była schowana miedzy sprężyny fotela i rzucili go na dół z 3-go piętra. Strzelano do nas również z karabinu maszynowego, z wieży kościoła ewangelickiego. Więc obstawiliśmy kościół, kilku wystrzeliło zamek w drzwiach, dopiero drzwi się wyłamały. Poszli na górę, skąd padały strzały, znaleźli karabin, ale już nikogo nie było. Znaleziono również pastora z dziewczyną i zlikwidowano ich. A karabin maszynowy zabraliśmy. Mieliśmy już wolną drogę do Fortu Grollmann, tam nie weszliśmy, tylko obstawiliśmy go posterunkami. Z fortu wyszedł jeden Niemiec z zapytaniem czego chcemy. Odpowiedzieliśmy, że żądamy parlamentariuszy celem porozumienia się z dowódcą. Przysłali delegację. Zaprowadziliśmy ich z zawiązanymi oczami do dowódcy, gdzie im zakomunikowano, że jeżeli się nie poddadzą w ciągu 1-ej godziny to będą bombardowani pociskami z ciężkich moździerzy. Niemcy się poddali i po upływie umówionego czasu zaczęli wychodzić bez broni. Odprowadziliśmy ich do stacji Poznań Główny. W ten sposób został zdobyty fort. Na drugi dzień zdobywaliśmy pocztę główną, gdzie padło kilka strzałów. Później obstawiliśmy pocztę i nocowaliśmy tam cała noc, gdyż czekaliśmy na dalsze rozkazy. Na drugi dzień uderzyliśmy o świcie na koszary w Jeżycach, ale Niemcy uciekli, więc musieliśmy być ostrożni, bo były wybuchy granatów. W Sylwestra przyjechaliśmy z Jeżyc do Środy. Po nowym roku pojechaliśmy w pełnym rynsztunku bojowym do Biedruska. W Biedrusku nie zastaliśmy ani jednego Niemca. Natomiast znaleźliśmy przeszło 1200 zagłodzonych koni. Przede wszystkim zajęliśmy się odkarmianiem koni. Przez 3 miesiące wysyłaliśmy konie do koszar na Jeżycach. Również taśmowaliśmy broń, amunicję – umundurowania. Przyjeżdżały samochody z upoważnieniem od polskich władz wojskowych. Z chwilą, gdy wszystkie konie odprowadziliśmy, kilku z nas przeszło do 3 kompanii, która utworzyła się w Środzie i miała iść na front północny, dowódcą był Dykciak. Jako 3 kompania Średzka wyjechaliśmy do Kcyni koło Szubina. Z Kcyni poszliśmy zająć Smogulec, tam był pałac niemieckiego generała von Hutten Czapski. Udaremniliśmy mu ucieczkę do Niemiec. Ze Smogulca uderzyliśmy na Niemców nad Notecią – to była cała wioska niemiecka. Na dziewięćdziesiąt kilka gospodarstw niemieckich tylko dwa były polskie. Zaatakowaliśmy i zaraz pierwszego dnia musieliśmy się cofnąć, bo przewodnik źle nas poprowadził, gdyż było ciemno. Byliśmy blisko Niemców. Strzelali do nas z karabinów maszynowych. Przestrzelili mi czapkę trafiając w orzełka oraz rozłupali mi kolbę od karabinu. 2 i 3 pluton zajął pozycję na wprost wsi, czekając aż 1 pluton na lewym skrzydle przesunie się laskiem pod wieś i uderzy z flanki. Wówczas 2 i 3 pluton poderwał się do szturmu zajmując całą wieś. Niemcy uciekając ostrzeliwali się. Po zajęciu Mieczkowa Niemcy uciekli za Noteć. Za Notecią nie mieliśmy rozkazu Niemców ścigać. Przy szosie ze Smogulca do Wyrzyska było gospodarstwo letnie zwane zamczysko, zajęliśmy je na placówkę. Pilnowaliśmy, aby Niemcy nie przeszli przez most. Stamtąd przenieśliśmy się do wsi Petarek pod Nakłem, gdzie zorganizowaliśmy placówkę w szkole. Niemcy robili na nas wypady. Z Paterka pojechaliśmy pod Chodzież, byliśmy tam przez całą Wielkanoc. Mimo, że było zawieszenie broni Niemcy stale nas atakowali. Stamtąd przeniesiono nas na południe do Jarocina, gdzie wcielono nas jako II batalion do 8 pułku Strzelców Wielkopolskich. Jako już drugi batalion 8 pułku Strzelców Wielkopolskich poszliśmy na front pod Krotoszynem, gdzie były różne starcia prowadzone przez Niemców. Z Krotoszyna pojechaliśmy powtórnie do Kcyni – Smogulec, tam nastąpiło wycofanie się Niemców z terenów położonych za Notecią /na rozkaz koalicji/. Pierwszego dnia zajęliśmy Wyrzysk, drugiego dnia– Nakło, a trzeciego dnia dotarliśmy do Bydgoszczy, gdzie zajęliśmy koszary przy ul. Gdańskiej. Tam zostaliśmy przemianowani na 62. p.p. Z Bydgoszczy poszliśmy do Inowrocławia i stamtąd na front wschodni już po powstaniu w 1919 roku. Tam zostałem mianowany st. strzelcem, a w kilka miesięcy potem kapralem. I w tym samym czasie byłem oznaczony Krzyżem Walecznych i Medalem za wojnę 1918/1919. Od dnia 1.I. 1921 w 62. p.p. służyłem jako podoficer zawodowy w stopniu kaprala do dnia 16.IX. 1921. Następnego dnia przeniesiono mnie służbowo do 21 p.p. w Warszawie. Tu zostałem na 10 – lecie Polski, oznaczony Medalem 10-lecia Odzyskania Niepodległości i odznaką pułkową 21 p.p. W roku 1922 awansowałem na plutonowego. Następnie w roku 1926 na sierżanta, a potem w roku 1932 zostałem st. sierżantem. Dnia 30.III 1936 r. zostałem przeniesiony do 36 p.p. Legii Akademickiej – ewidencyjnie, a służbowo do Batalionu Stołecznego w Warszawie. W dniu 30.IX1937 r. zostałem przeniesiony, w stopniu st. sierżanta w stan spoczynku na podstawie art. 116. Od 1937 roku nie pracowałem nigdzie. Tylko w domu trudniłem się naprawą aparatów radiowych. W roku 1939, gdy wybuchła wojna, brałem czynny udział w Straży Obywatelskiej – jako ochrona torów kolejowych oraz mienia państwowego i społecznego. Zaraz po pierwszych dniach wojny złapaliśmy w Miłośnie desant. Spadochroniarza ze spadochronem przebranego za polskiego podporucznika. On się wypierał, że nie jest spadochroniarzem, lecz ja mu udowodniłem, że mundur ma szyty z niemieckiego materiału i, że ma fałszywe dokumenty. Rozbroiliśmy go i oddaliśmy do polskiej Komendy Wojskowej w Rembertowie. W pierwszym roku okupacji wyprzedałem się ze wszystkiego, bo myślałem, że wojna szybko się skończy. Później zmuszony byłem zmontować młynek w piwnicy i po kryjomu przed Niemcami mieliłem żyto, pszenicę na chleb, w ten sposób zarabiałem na utrzymanie rodziny. Warunki materialne były bardzo ciężkie, bo musiałem się opłacać regularnie co m-c policji i elektrowni, gdyż młynek miałem na prąd. Chociaż właściwie mogłem tego wszystkiego uniknąć, gdyż znam język niemiecki i proponowano mi pracę tłumacza. Odmówiłem, tłumacząc się chorobą, bo nie chciałem iść do pracy do okupanta.
Do życiorysu, który został doręczony do Z.B.O.D-u w Warszawie załączyłem oryginalne dowody rzeczowe jako, że opłacałem gminę i żandarmerię niemiecką tj. otrzymałem doraźne upomnienie z dnia 29.IX.1943 r. na sumę za 300 i nakaz płatniczy na zł 1000, lecz, że się za mną wstawił dr weterynarii Ob. Komarewicz Piotr /obecnie nie żyje/, że przecież ja zarabiam bardzo mało – posiadając młynek – siła motoru 1 koń mechaniczny. A posiadłości żadnych nie posiadam. Wtedy rentę otrzymywałem 108 zł. Więc na skutek interwencji zmniejszono mi sumę na 400 zł, którą musiałem zaraz wpłacić. Od roku 1945 zacząłem pracować w miejscowej gminie jako poborca podatkowy, pracowałem tam do końca listopada 1946 roku. Na skutek niskiego uposażenia dnia 2. XII.1946r. przeniosłem się do Państwowego Zakładu Energii Elektrycznej w Warszawie Rejon Rembertów. Pracowałem tam w charakterze inkasenta. Z powodu złego stanu zdrowia w roku 1960 przeniesiono mnie na pomoc magazyniera. Lecz stan zdrowia stale się pogarszał, aż wreszcie pod koniec stycznia 1962 r. dostałem krwotoku żołądka. W stanie beznadziejnym przewieziono mnie do szpitala w Warszawie przy ul. Grenadierów, gdzie dopiero po 4-ch tygodniach tj. dnia 2.III.1962, gdzie musieli mnie wzmocnić – dokonali operacji żołądka, dwunastnicy i częściowo trzustki. Ze szpitala wyszedłem dnia 24.III.1962 r. Na opatrunki zmuszony byłem jeździć do szpitala w Warszawie. Przez to przeziębiłem się i dostałem dnia 16.IV. 1962 r. zapalenia płuc. W sierpniu 1962 r. byłem w sanatorium w Polanicy, w ramach niezdolności do pracy. Chorowałem 9 miesięcy. Gdy w październiku zgłosiłem się do pracy otrzymałem jeszcze 30 dni urlopu wypoczynkowego. Później pracowałem do dnia 30,IX.1963 r. W dniu 1.Xi.1963 przeszedłem na rentę starczą. Jedynym moim źródłem utrzymania była i jest renta, obecnie emerytura, gdyż stan mojego zdrowia nie pozwalał i nie pozwala na podjęcie dodatkowej pracy. A żona moja nigdy nigdzie nie pracowała i nadal nie pracuje, ze względu na to, że jest chora i bez przerwy musi się leczyć
Miłosna, dnia 10.XI.1968 r. Lebiedziński Franciszek
W tym miejscu kończy się życiorys Franciszka Lebiedzińskiego, w którym zachowano jego oryginalną pisownie. Wymaga on wypełnienia o bolesny fakt, że jego autor zmarł 9 lutego 1980 roku i został pochowany na cmentarzu w Sulejówku.
Zawarte w nim częściowe, dotąd nieznane relacje, szczególnie o przebiegu walk powstańczych w Poznaniu i na froncie północnym, stanowią cenny materiał poznawczy. Pod koniec życia autor pisze o pogarszającym się stanie zdrowia i przejściu na emeryturę. Zły stan zdrowia zarówno jego jak i żony nie pozwalają na podjęcie dodatkowej pracy, dla poprawy egzystencji.
W tym trudnym dla niego okresie życia, satysfakcję sprawiło mu z pewnością odznaczenie w 1968 roku Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym.( Uchwała Rady Państwa z dnia 25 stycznia 1968 roku Archiwum Prezydenta RP)